Dokładnie 100 lat temu: Marzec 1910
Rozpoczynamy cykl, w którym mamy zamiar przyglądać się wydarzeniom ze świata kultury, nauki i polityki sprzed równo wieku. Ta kolumna będzie na razie jedyną stałą i regularną pozycją na Porcys Media, niezależnie od publikacji tekstów z poszczególnych działów tematycznych. I niechże ten pierwszy odcinek stanowi zgrabny teaser tego, co już niebawem w regularnych artykułach. Zapraszamy.
LITERATURA
22 marca 1910 roku urodził się Nicholas John Turney Monsarrat – brytyjski pisarz, znany w Polsce głównie z opartej na faktach powieści Okrutne morze. Ciekawsze jednak, że jest też autorem The Story of Elvis Costello, na podstawie którego scenariusz napisał Charles Kaufmann. Ale może nie Elvis, i może to nie ten sam Kaufmann, o którym myślicie; sprawdźcie sami.
W tym samym miesiącu swój tom Zielony hełm i inne wiersze wydał Irlandczyk William Butler Yeats – największy aż do czasów Shauna Rydera z Happy Mondays poeta języka angielskiego. Aktualnie nie mam na podorędziu tomu, by stwierdzić z całą pewnością, kto wychodzi z obronną ręką z pojedynku Yeats-Keats, ale warto przypomnieć uzasadnienie komisji, która Yeatsowi przyznała Nagrodę Nobla w 1923 roku: "Nagle odkrył się przed nami stary świat ze swoją niedościgłą fantazją i zamiłowaniem do zajmujących historii, silnych mężczyzn i pięknych kobiet". W skrócie: songwriting, gościu. –Łukasz Łachecki
MUZYKA
19 marca odbyło się w Budapeszcie pierwsze wykonanie I Kwartetu Smyczkowego Beli Bartoka. Wprawdzie utwór kompozytor ukończył już w styczniu 1909, a są poszlaki każące podejrzewać, iż pracę nad nim (w formie luźnych szkiców) rozpoczął hen w 1907. Ale warto o tej premierowej prezentacji pamiętać, bo wraz ze wcześniejszym o dwa dni koncertem poświęconym twórczości ever-towarzysza artystycznej doli i niedoli, Zoltana Kodaly'a (Kodaly'ego?), nieraz uznawana jest za "narodziny węgierskiej muzyki". Takie mikro-święto madziarskiej poważki. Balansujący między zatroskaną, mroczną rozkminą post-uczuciową, a próbą emocjonalnego wynalezienia się na nowo, kwartet otwiera, wedle słów autora, "pieśń żałobna" dla jego niespełnionej miłości do skrzypaczki, krajanki Stefi Geyer (co ciekawe w marcu 1910 sercowa zajawka straciła już aktualność, bo facet zdążył się w poprzednim roku ożenić ze swoją nastoletnią uczennicą, niejaką Martą Ziegler). Czego możemy się spodziewać dalej? Charakterystycznego dla Beli zazębiania się paru niezależnych melodii, wyraźnej inspiracji Beethovenowskimi rozwiązaniami harmonicznymi oraz bycia pod wrażeniem nostalgii Debussy'ego. Dobre wzorce! Btw jakże zamiata jedyny kwartet smyczkowy Claude'a, egzotyzujący G-moll z 1893 – gdybyśmy istnieli w 1993, to bym tu się rozpisywał (choć ja wtedy katowałem Marillion i dwumecz Dynamo Kijów z Barceloną o wejście do Champions League). I to właśnie stamtąd, z pierwszego movementu, ściągnął Fripp pasaż "mostkowy" w drugiej części "Larks' Tongues in Aspic", ale to tylko ciekawostka, starczy offtopa.
To nie jest najlepszy z kapitalnego cyklu sześciu kwartetów smyczkowych gościa, ale jeśli ktoś zapytuje o sensowny kurs w zgłębianiu jego dokonań, to ma tu solidny punkt startowy: jeszcze pokłosie tradycji późnoromantycznej, choć "na bieżąco" pod wpływem nowych bodźców impresjonizmu; "kawałek" w znacznym stopniu osobisty, lecz zwiastujący też mocną fascynację rodzimym folkiem w przyszłości (melodia z "Adagio" jako zwiastun słynnej tendencji), czyli kontekst uniwersalno-narodowy. Słowem: 4/5 na AMG (od Erlewine'a), gdyby dawali. (W ogóle planuję w dziale Muzyka na PM oceniać i reckować na boku "niepełne dyskografie" znanych nutopisarzy,
aktorów, znaczy pisarzy
i wyręczyć w tym bojaźliwe i konserwatywne w ujęciu Allmusic. Ale czy się uda to nie wiem, bo
ze względu na mały czas czasu.) Anyway, Bartok przecie boss, no i grywał na *katarynce* (try top top this). Następny z serii kwartetów, drugi, przedstawił Bela dokładnie osiem lat później (również w marcu, tylko że 1918). Wygląda więc na to, że napiszę o nim w tej rubryce za osiem lat. "Widzimy się"? Dobrze, to ja wracam do słuchania Galvina Parisa (i to jest też ciekawe, gdzie on będzie za tych osiem lat). –Borys Dejnarowicz
KINO
Równo sto lat temu dwie drobne zmiany natury organizacyjnej zrewolucjonizowały wczesny przemysł filmowy. W Europie, od marca 1910 począwszy Gaumont, na wzór Pathé, zmienia system dystrybucji – odtąd kiniarze zamiast kupować kopie filmów, mogą je wypożyczać. Oznacza to niebywałe obniżenie kosztów eksploatacji i w krótkim czasie doprowadza rynek do rozkwitu – nowe kina powstają *jak grzyby po deszczu*, a dzięki zwiększonej ruchliwości repertuaru może pojawić się nowa, wyrobiona i wybredna publiczność, de facto pierwsze pokolenie kinofili w historii. W Stanach legendarna Florence Lawrence, wcześniej znana widzom po prostu jako "The Biograph Girl", podpisuje głośny kontrakt wymieniający ją z imienia i nazwiska, stając się oficjalnie pierwszą gwiazdą filmową Hollywood (również w 1910 za oceanem debiutuje Dunka Asta Nielsen, pierwsza "gwiazda międzynarodowa"). Rozpoczyna się odwrót od praktyki traktowania aktorów i reżyserów jako anonimowych rzemieślników, proces, który parę lat później zaowocuje ugruntowaniem się pozycji Davida W. Griffitha (w marcu 1910 jeszcze etatowego pracownika Biograph) jako pierwszego reżysera filmowego z prawdziwego zdarzenia. 23 marca na przedmieściach Tokio przychodzi na świat Akira Kurosawa. –Aleksandra Graczyk
SZTUKA
8 marca, sto lat temu, we Włoszech, a precyzując: "na deskach" turyńskiego teatru Chiarello, zostaje wyrecytowany przez Boccioniego, wyobraźnia podpowiada, że w rytmie staccato, "Manifest do młodych artystów włoskich". Dorobek antyku ma odejść w zapomnienie, łechce jedynie snobistyczną próżność i "dławi Sztukę naszego Kraju", inspiracja starożytnością jest godna pożałowania i prowadzi donikąd. I choć słowa te wydają się obrazoburcze, to i tak są jedynie echem, suplementacją pierwszego łopoczącego uderzenia sprzed roku, z tym że tym razem ściśle odnoszą się do SZTUKI (bo można było być futurystą nie będąc artystą, sztuka to tylko jeden z przejawów futurystycznego światopoglądu). Rok wcześniej, 20 lutego, świat zamiera po przeczytaniu pierwszej strony francuskiego "Le Figaro". Poeta Filippo Tommaso Marinetti zieje radykalizmem słów, nie pozostawia marginesu na sprzeciw, depcze przeszłość i odgradza się od niej betonowym murem technologicznej potęgi świata. Pałające panieńskim rumieńcem dziecięliny zostają potraktowane chłostą oświadczenia, że ryczący samochód piękniejszy jest od Nike z Samotraki, wojna stanowi jedyną higienę świata, centra kulturalne: muzea, biblioteki, akademie wszelkiego sortu są dobre, ale na podpałkę, kobiety natomiast zasługują jedynie na pokos. Szybkość, gwałtowność prężnie rozprzestrzeniającej się urbanizacji, kult militaryzmu i piękne idee, za które się umiera, zamiast "śmierdzącej gangreny profesorów, archeologów, zawodowych przewodników i antykwariuszy". "Jesteś za miastem czy za wsią?". "Ostatecznie służyło się w wojskach rakietowych..." –Magda Janicka
NAUKA
Przebijcie TO:
Podczas gdy w Stanach setki giną od lawin a na Węgrzech płoną w stodołach, Francja staje się miejscem jednego z bardziej obciążonych symbolizmem wydarzeń raczkującego lotnictwa: Henri Fabre doprowadził swoją Kaczkę, eksperymentalny hydrolot, do oderwania się od powierzchni na nieco ponad pół kilometra. Po raz pierwszy w historii. Huh. A cóż to był za miesiąc dla awiacyjnej pionierki! Kilka dni przed wyczynem Kaczki, Australia doczekała się dyskusyjnie pierwszego na swoim terenie kontrolowanego lotu, przeprowadzonego przez postać znaną tu i ówdzie jako Harry Houdini. Tak, ten. Tak, żył naprawdę. Był magikiem. Latał też.
Wehikuł ciekawostek wydawniczych, w kolejności przypadkowej:
- "Religion and the mores" ("American Journal of Sociology") Williama G. Sumnera, jedna z najbardziej rezolutnych publikacji jednego z bohaterów dwudziestowiecznej historii etosu jako żelaznego przedmiotu nauk społecznych, w końcu ogląda światło dzienne – tutaj między innymi o wtórności religii;
- Nernst formułował to, co znamy dziś jako trzecią zasadę termodynamiki, już od 1906, a pierwszy i drugi kwartał to mniejszy lub większy przełom – marzec owocował w ustawki z Einsteinem w Zurychu i admiracją tychże (wtedy też zrodził się "Boltzmann redivivus", bodaj najbardziej świeży komplement jaki kiedykolwiek wystosowano w stosunku do Alberta E.), a także pośpieszną wyprawą do Paryża w celu dostarczenia pracki dla "Journal de Chimie Physique";
- J.J. Thomson na łamach "Philosophical Magazine" potwierdza istnienie protonu, zajawiane wcześniej przez Wiena;
- ekspedycja Brytyjskiego Towarzystwa Ornitologicznego na zachodzie Nowej Gwinei napotyka nieznany sobie pigmejski lud i nazywa "Tapiro"; robi zdjęcia; przez pomyłkę spisuje jeden z pierwszych kontaktów z plemieniem – de facto – Komoro;
- "American Anthropologist" publikuje relację z sensacyjnego przejęcia przez Harvard kocyka przywiezionego przez Kapitana Swifta – kocyka wyszytego przez któreś z północnoamerykańskich plemion, uwaga, ekskluzywnie z koziej wełny!;
- ten sam numer "AA" zawiera także odlotową prackę Johna P. Harringtona, genialnego skądinąd etnologa-lingwisty, wówczas przesiadującego nad językami z rodziny kiowa-tanoańskiej. "An Introductory Paper on the Tiwa Language, Dialect of Taos, New Mexico" to modelowy przykład zwięzłej pisaniny językoznawczej pod ciężarem paradygmatu etnograficznego. Cechy szczególne, porównania z porównywalnym, wnioskowania ze składni, zdziwienie, zauroczenie, zapowiedź dalszej pracy w przyszłości. Jeśli uda się komuś zdobyć ten tekst (nietrudno go pomylić ze współczesnymi abstraktami, co boli i uczy), należy się spodziewać doznań z okolic singlowego wydania "Somebody To Love".
W przeglądzie prasy nie może zabraknąć "New York Timesa", wybebeszającego archiwa w PDF-ach, gdzie m.in.: żywe dyskusje w duchu antyewolucjonistycznym, bioetyczna krytyka wiwisekcji, japoński bibliotekoznawca stawiający zegarkowe amerykańskie biblioteki nad rozsypanymi europejskimi, klasyk teorii ubezpieczeń społecznych przewidujący robotyzację zajmowania się domem (Mary Pneumatic Valve, Sarah Electric Button – ...), Żydzi nie mają nic wspólnego ze starożytnymi Żydami a Wezuwiusz znów wybucha. –Mateusz Jędras
POLITYKA
To był ciekawy miesiąc przede wszystkim z punktu widzenia działaczek feministycznych. Przede wszystkim, francuska aktorka Raymonde de Laroche jako pierwsza niewiasta otrzymała licencję pilota (no i co, że samoloty pojawiły się ledwie kilka lat wcześniej). Po drugie, ósmy marca został w 1910 r. ustanowiony oficjalnie Międzynarodowym Dniem Kobiet, w hołdzie bojowniczkom o równouprawnienie. Co prawda, z racji socjalistycznych korzeni święto najlepiej przyjęło się u Sowietów i w krajach bloku wschodniego, a w Polsce zostało wyjątkowo zbrzydzone przez koszmarną instytucję goździków i darmowych rajstop, ale obecnie jesteśmy świadkami prób rehabilitacji tych obchodów podejmowanych przez "pewne środowiska". Podobnie istotne wydarzenie z historii walki o swobody obywatelskie miało miejsce w Chinach, gdzie 10-ego marca zniesiono niewolnictwo. W Stanach nieco na przekór globalnym trendom dwa tygodnie później ograniczono imigrację (teoretycznie stawiając szlaban dla kryminalistów i biedaków). W tym czasie J.D. Rockefeller postanowił porzucić aktywny biznes i zająć się filantropią. –Michał Zagroba
POPKULTURA
Jakie postaci stają wam przed oczami kiedy pomyślicie o popkulturze?
Marylin Monroe, Kapitan Ameryka, Paris Hilton? Ha, cofamy się do
czasów, w których nikt jeszcze nawet nie słyszał o Myszce Mickey (ur.
1928). Ale kultura popularna miała się świetnie i sto lat temu, i
wtedy miała swoje ikony. I niech mnie diabli, jeśli ktoś bardziej się
na taką nadawał niż Harry Houdini! Ten prawdopodobnie najsłynniejszy
iluzjonista dziejów, "magister eskapologii", zatrzymywał bicie serca
światowej publiki uwalniając się z zakopanych trumien i komór pełnych
wody. Podczas swojej trasy po Australii zapisał się jednak na kartach
historii innej dziedziny. W prymitywnym samolocie dwupłatowym odbył
pierwszy w historii kontrolowany lot nad tym kontynentem. Houdini
powiedział reporterom, że świat może zapomnieć go jako magika i
specjalistę od ucieczek, ale nigdy nie zapomni o pionierze lotnictwa.
Myszka Mickey nie została jeszcze stworzona, ale 28 marca 1910
przyszedł na świat Jimmie Dodd, aktor, kompozytor i przede wszystkim
prowadzący programu "Mickey Mouse Club". Dodd był gospodarzem
pierwszej wersji programu (1955-1959) oraz autorem i wykonawcą
prezentowanych w nim piosenek o pozytywnym przesłaniu. Skomponował też
otwierający program "Mickey
Mouse March". Do tego jak ważny dla obecnej popkultury jest
program, w którym po latach debiutowali Justin, Britney i Xtina nie
trzeba chyba nikogo przekonywać. –Łukasz Konatowicz
SPORT
16 marca 1910 protoplasta dzisiejszych kierowców rajdowych, Barney Oldfield, ustanowił nowy, niebotyczny jak na tamte czasy, rekord prędkości. Rozpędził swojego Benza do 210km/h, poprawiając tym samym z niemal dwukrotną przebitką swój poprzedni wynik. Nawet z dzisiejszej perspektywy trzeba przyznać – robi wrażenie. I zbadajcie sobie w ogóle jak wyglądał jego pojazd, masakra... –Kacper Bartosiak
–Redakcja Porcys