LITERATURA
MUZYKA
KINO
SZTUKA
NAUKA
PUBLICYSTYKA
POPKULTURA
SPORT
INNE
DOKŁADNIE 100 LAT TEMU
Sport
10 stycznia 2010
Historia trudnej miłości
17 września 2009 roku prezes PZPN Grzegorz Lato na antenie TVN 24 ogłosił, że Leo Beenhakker został zwolniony z funkcji selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski. Decyzja ta, choć słuszna, była spóźniona o co najmniej kilka miesięcy, a bezpośrednim powodem jej podjęcia była fatalna postawa biało-czerwonych w eliminacjach do przyszłorocznych Mistrzostw Świata. Nie będę się rozwodził nad sposobem, w jaki prezes Lato ogłosił tę decyzję światu – powiedzmy sobie jasno : to przejaw absolutnego buractwa. Jestem ostatnim, który broni Beenhakkera, ale jakieś podstawowe zasady kultury należało sędziwemu Holendrowi okazać. Wypadałoby, aby szkoleniowiec miał przywilej dowiedzieć się o takiej decyzji szefa osobiście, a nie z mediów. Nic nie jest jednak w stanie zmienić faktu, że w mocno przeciętnej grupie eliminacyjnej polscy piłkarze zawiedli, a rok 2009 był zwieńczeniem niezbyt owocnej współpracy z holenderskim weteranem ławki trenerskiej. Jak więc doszło do tego, że podczas eliminacji reprezentacja potrafiła wygrać tylko trzy mecze, z czego dwa z San Marino? Zacznijmy, tradycyjnie, od samego początku.
Zatrudnienie Leo Beenhakkera w roli selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski w lipcu 2006 roku spotkało się z niezwykle ciepłym przyjęciem krajowej opinii publicznej. Panowało przekonanie, że oto wreszcie, po kilkunastu kolejnych, lokalnych nieudacznikach będziemy mieć do czynienia z poważnym, światowym fachowcem, który ma na swoim koncie wielkie sukcesy w skali światowej. Leo miał wprowadzić naszych kopaczy na piłkarski Olimp, zaczynając od zakwalifikowania się do Finałów Mistrzostw Europy, co nie udało się wcześniej nikomu w historii, nawet najwybitniejszym polskim trenerom pokroju Kazimierza Górskiego czy Antoniego Piechniczka. I pozornie niemożliwe stało się jak najbardziej możliwe – w bólach, notując po drodze kilka wstydliwych rezultatów, udało nam się wywalczyć awans do finałów. O stylu tego osiągnięcia wielu woli nie pamiętać – w polskiej świadomości istnieje głęboko zakorzeniony "mit meczów z Portugalią" a o reszcie wolimy nie myśleć. Pozwolę sobie przypomnieć – na sam początek kwalifikacji dostaliśmy srogo 1-3 grając u siebie z przeciętnymi Finami. Potem w bólach wywieźliśmy bezcenne 1-0 z… Kazachstanu. Wcześniej był jeszcze szczęśliwie zremisowany mecz z Serbami u siebie, a potem pamiętna potyczka z Portugalią. Chyba nikt o zdrowych zmysłach nie neguje tego, że był to jeden z najlepszych meczów polskiej kadry w ostatnich latach. Wyjątkowo ospale usposobieni Portugalczycy dostali dwie bramki po podręcznikowych kontrach, a katem zespołu Scolariego został Euzebiusz Smolarek. Rezultat mówił sam za siebie – przecież wygraliśmy z wicemistrzem Europy roku 2004 i czwartą drużyną Weltmeisterschaft 2006. W rewanżu biało-czerwoni również zaprezentowali się lepiej niż poprawnie przywożąc z Lizbony cenny remis 2-2, wywalczony dzięki szczęśliwemu strzałowi Jacka Krzynówka z końcowych minut, który odbił się od pleców portugalskiego bramkarza. Dlaczego zatem mogliśmy przegrać potem z Armenią? Zaliczyliśmy także koszmarne męki z ekipą Kazachstanu w rewanżowym spotkaniu przed własną publicznością, długo przegrywając 0-1, strzelając decydujące bramki dopiero po pamiętnej awarii oświetlenia. Ostatecznie wywalczyliśmy awans z pierwszego miejsca, ale nikt tak naprawdę nie wspomina o naszym szczęściu w tamtym okresie – trafiliśmy w grupie eliminacyjnej na ekipy Belgów i Serbów będące w olbrzymiej przebudowie. Ci drudzy dziś są liderem grupy eliminacyjnej do finałów Mistrzostw Świata 2010 grając z grupie z Francją, Rumunią i Austrią. Gra Portugalczyków była, co miało się okazać dopiero później, symptomem głębszego kryzysu – w tegorocznych eliminacjach ta reprezentacja miała potężne problemy z zakwalifikowaniem się do najbliższych finałów Mistrzostw Świata, pożądany rezultat osiągając po ciężkich barażach z Bośniakami. Ale wtedy, pod koniec 2007 i przez pierwszą połowę roku 2008, straszliwie pompowaliśmy balonik. Grupa w turnieju finałowym Mistrzostw Europy była dosyć ciężka, ale bez przesady. To Leo i powołani przez niego nowi gracze mieli "zrobić różnicę" i pokazać, czego zabrakło nam w poprzednich latach.
I tu dochodzimy do pierwszej rysy na wizerunku holenderskiego selekcjonera – mówię o powołaniach na Euro. Do dziś nie potrafię zrozumieć, dlaczego Beenhakker na taki turniej zabrał ludzi pokroju Michała Pazdana i Tomasza Zahorskiego. Przy całym szacunku dla ich marnych póki co osiągnięć piłkarskich – nie trzeba być ekspertem, żeby stwierdzić, że to "nie ta półka". Od początku swojej kadencji Leo kurczowo trzymał się taktyki 4-5-1, grając osamotnionym napastnikiem. Długo tę rolę, z różnym, najczęściej marnym skutkiem, pełnił Maciej Żurawski. Na Euro w roli jego zmienników pojechali właśnie Zahorski oraz Marek Saganowski. To Leo zadecydował, że bardziej na wyjazd zasłużył Zahorski, a nie na przykład król strzelców polskiej ekstraklasy, Paweł Brożek albo wyróżniający się wówczas w niemieckiej Bundeslidze i strzelający sporo goli Artur Wichniarek. Szybko okazało się, że pewniak Żurawski w pierwszym meczu z Niemcami nabawił się kontuzji, która w konsekwencji wyeliminowała go z dalszego udziału w turnieju. I wtedy pojawiły się schody – Beenhakker na środek ataku przesunął nominalnego skrzydłowego Smolarka, a na skrzydle obsadził rasowego środkowego napastnika Saganowskiego. As atutowy Zahorski dostał szansę dopiero w końcowych dwudziestu minutach ostatniego dla Polaków meczu w tym turnieju. Dał się zresztą zapamiętać jako ten, który zmarnował chyba najlepszą dla naszych "Orłów" sytuację w całym turnieju.
Mówi się, że trenera rozlicza się po wynikach i stylu gry drużyny. Wyniki na Euro były fatalne – dwa zdecydowanie przegrane mecze z Niemcami i Chorwacją oraz bardzo szczęśliwy remis z Austrią, który wybronił nam znajdujący się wówczas w kapitalnej formie Artur Boruc. W samej tylko pierwszej połowie bramkarz szkockiego Celticu Glasgow wybronił trzy razy w sytuacji sam-na-sam. Polacy objęli prowadzenie po kontrowersyjnym golu Rogera, który, jak pokazały powtórki, przy próbie oddawania strzału znajdował się na pozycji spalonej. Poza tym Biało-Czerwoni nie stworzyli żadnych innych okazji, grali ospale i po prostu słabo. Nie miało to jednak znaczenia – po meczu wszyscy, zarówno znający się na piłce jak i nie, skupiliśmy się na skierowaniu agresji w stronę sędziego tamtego meczu, Howarda Webba. Ów Howard podpadł nam dyktując w doliczonym czasie gry rzut karny dla gospodarzy mistrzostw. Od razu podniosło się larum, posypały się groźby zarówno ze strony zwykłych kibiców jak i władz państwa, bo sam premier Donald Tusk stwierdził, że miał ochotę zrobić Anglikowi krzywdę. Teraz, po roku, już bez bzdurnych zdjęć przedrzeźniających sędziego na portalach społecznościowych, możemy bez dwóch zdań stwierdzić, że Webb miał absolutną rację dyktując w tamtym meczu "jedenastkę". Zamiast pomstować na czołowego bądź co bądź angielskiego arbitra powinniśmy skupić się na wytarzaniu za uszy Mariusza Lewandowskiego, który w totalnie bezmyślny sposób, tuż przed oczami sędziego, ewidentnie oparł się na rywalu, dając tym samym rozjemcy podstawy do podyktowania rzutu karnego. Tak uznali wszyscy, zarówno zachodni oficjele jak i przedstawiciele UEFA. Aha, wszyscy poza Polakami, bo my dobry miesiąc po turnieju pomstowaliśmy na arbitra, zapominając o ogólnym obrazie mistrzostw.
Cała ta sytuacja odwróciła uwagę od beznadziejnej postawy polskiej kadry, a Beenhakker został pierwszym trenerem w historii, który nie wygrywając żadnego meczu na wielkim turnieju zachował posadę. Wcześniej, pomimo odniesienia zwycięstwa w grupie, ale jednak braku awansu z niej, wymówienia otrzymali zarówno Jerzy Engel jak i Paweł Janas. Niezrozumiałe z perspektywy czasu było zwłaszcza zwolnienie tego drugiego. Tak naprawdę ze spotkań o stawkę za kadencji Janasa nie wyszedł nam tylko jeden mecz – z Ekwadorem w finałach Mistrzostw Świata w Niemczech. Jednak zarówno selekcja kadry na ten turniej (przypomnę : odstawienie Dudka, Kłosa i Frankowskiego) jak i gra naszej drużyny wyglądały wtedy lepiej. W eliminacjach wygraliśmy wszystkie mecze, poza dwiema honorowymi porażkami z Anglią w stosunku 1-2. Poza tym zaliczyliśmy komplet zwycięstw w przekonującym stylu i z drugiego miejsca w grupie wywalczyliśmy bezpośredni awans do finałów. Janas planował szerszą przebudowę kadry i między innymi dlatego nie zabrał na turniej wyżej wymienionej trojki. Czas pokazał, że miał absolutną rację – Dudek od kilku lat specjalizuje się w grzaniu ławy, Kłos wkrótce potem nagrał reklamę i zakończył karierę, a Frankowski po powrocie do kraju zaczął wprawdzie strzelać bramki, ale z powodów czysto sportowych miejsce na tamtym mundialu po prostu mu się nie należało. Zamiast tych, cenionych przecież piłkarzy, ówczesny selekcjoner postawił na Fabiańskiego, Dariusza Dudkę i Pawła Brożka. Warto też dodać, że tylko z powodu poważnej kontuzji na tamten turniej nie pojechał Jakub Błaszczykowski. Ten kwartet to obecnie podstawa naszej kadry i nie sposób wyobrazić sobie reprezentację bez nich. Janas zatem nie zabrał na Mundial przypadkowych turystów, tylko młodych, ambitnych piłkarzy, którzy potrafili wykorzystać tamte doświadczenia i krótkim czasie stali się piłkarzami niezłej klasy. Czy Pazdan i Zahorski kiedykolwiek osiągną status choćby podobny do wymienionych graczy? Mocno wątpię, zważywszy na fakt, że obaj reprezentują obecnie barwy pierwszoligowego, czyli de facto drugoligowego według starej nomenklatury, Górnika Zabrze.
Na czym zatem polegał pech Janasa? Otóż był on totalnie antymedialny – do legendy przeszły słynne konferencje prasowe, w trakcie których potrafił na skomplikowane pytania dziennikarzy odpowiadać dwoma słowami. Krnąbrny i wiecznie naburmuszony selekcjoner szybko zdobył sobie łatkę "buraka" wśród polskich dziennikarzy i nie miał szans z nią walczyć. Gdyby Janas zgromadził wokół siebie sztab PRowców przynajmniej tej klasy, których miał Beenhakker, to kto wie, czy dalej nie pozostałby na stanowisku. Opinia publiczna tamtego okresu niesłusznie kojarzyła selekcjonera z jednym z jego piłkarzy, Grzegorzem Rasiakiem, którego uważało się (i chyba dalej uważa się) za "drewno", czyli piłkarza mało sprawnego i słabo skoordynowanego.
Beenhakker jawił się zatem jako totalne przeciwieństwo wobec poprzedników – a to udzielił szczerego wywiadu, w którym krytykował poziom polskiego szkolenia, a to odebrał jakiś order od prezydenta, pokazał się w reklamie, wiadomo, swój chłop. Szczytem absurdu było przyznanie mu przez
Wprost
tytułu "Człowieka Roku". Pisałem już trochę o dziwnych powołaniach selekcjonera, ale to nie koniec tematu. Warto w tym miejscu nadmienić, że wymieniony wcześniej Paweł Brożek na beenhakkerowski "international level" wskoczył chyba w okresie wakacji, czyli jak wiadomo wtedy, kiedy piłkarze robią wszystko poza intensywnym trenowaniem. Po Euro nagle stał się podstawowym zawodnikiem kadry, a jest to o tyle dziwne, że wiele można o Brożku powiedzieć, ale nie to, że się zmienił. Ciągle strzelał mniej więcej tyle samo bramek co rok-dwa wcześniej, rok w rok walczył o tytuł króla strzelców w krajowej Ekstraklasie. Beenhakker wolał kultywować przekonanie o swojej nieomylności zamiast po ludzku po prostu przyznać się do ewidentnego błędu, jakim było odstawienie napastnika krakowskiej Wisły przed Euro 2008.
Inną delikatną rysą na wizerunku holenderskiego szkoleniowca, o której mało (albo wcale) w Polsce się nie pisało, są jego osiągnięcia. Jasne, nie nikt nie neguje zwycięstw w lidze hiszpańskiej, które odnosił z Realem Madryt, ale bądźmy szczerzy – ta drużyna w tamtym okresie (86-88) była niemal samograjem. Niemniej dwukrotne wywalczenie mistrzostwa budzi szacunek, z tym, że miało to miejsce pod koniec lat osiemdziesiątych, czyli wtedy, kiedy niektórych kadrowiczów Leo nie było jeszcze na świecie. Prawdziwym wyzwaniem na poziomie międzynarodowym było dowodzenie niesamowitą kadrą Holandii na Mistrzostwach Świata w 1990 roku. Holendrzy na mundial jechali w glorii mistrzów Europy, w kadrze mieli tak kapitalnych zawodników jak van Basten, Gullit, Rijkaard, Ronald Koeman czy legendarny Hans van Breukelen. No i co, no i co – że znowu zespół-samograj? Nic bardziej mylnego, bo oto zespół Oranje, grając jednym z najmocniejszych składów w historii, na tym turnieju nie wygrał ANI JEDNEGO MECZU. Optymistycznie podchodzący do tematu polscy dziennikarze mogą wprawdzie pisać, że w grupie Holandia była niepokonana – fakt, zaliczyła trzy remisy – z Egiptem, Anglią i Irlandią. Z grupy wyszła tylko dlatego, że wtedy była możliwość awansu "kuchennymi drzwiami" z trzeciej lokaty. W drugiej rundzie przyszła jednak porażka z RFN i podopieczni Leo wrócili z niczym. Warto nadmienić, że w owym turnieju Beenhakker w każdym z meczów grał zupełnie inną taktyką – zaczynał od dwóch defensywnych pomocników w meczu z Egiptem, potem zagrał tylko jednym z Anglią, a w decydującym o wszystko meczu z Irlandią Leo przesunął Van Bastena do pomocy. Czym to się skończyło chyba wszyscy wiemy – sensacyjnie marną postawą i nieprzedłużeniem kontraktu z trenerem po zakończeniu imprezy.
Tak naprawdę mit Beenhakkera-cudotwórcy powstał jednak właśnie na Mistrzostwach Świata w Niemczech w roku 2006, na których Leo prowadził ekipę Trynidadu i Tobago. No i moŜe znowu mała porcja faktów – po pierwsze, to ZNOWU nie wygrał żadnego meczu. Jego egzotyczni podopieczni wprawdzie zremisowali 0-0 ze Szwecją i przegrali minimalnie z Anglią, ale w każdym ze spotkań swoją grę opierali wyłącznie na murowaniu bramki i nielicznych kontratakach. W sumie i tak końcowy dorobek wyniósł jeden zdobyty punkt i 0 strzelonych goli przy 4 straconych. Dla sterowników PZPN wystarczyło to jednak do zaoferowania Holendrowi posady selekcjonera kadry i trwania z nim nawet po nieudanych finałach wielkiej imprezy.
Po finałach Euro 2008 wszyscy zgodnie twierdziliśmy, że nie czas na rewolucję, a bardziej na stopniową zmianę warty w kadrze. Jak się okazało – nic z tych rzeczy. W kadrze dalej kolejne mecze regularnie zaliczali Jacek Krzynówek i Michał Żewłakow i wkrótce któryś z nich pewnie pobiłby rekord występów w reprezentacji, bo obaj śmiało zbliżali się do 100. Znakiem czasów jest fakt, że do Klubu Wybitnego Reprezentanta (grupa zrzeszająca wszystkich piłkarzy, którzy zaliczyli ponad 60 występów w narodowych barwach) wszedł niedawno Mariusz Lewandowski, który częściej grzeje ławę w Szachtarze Donieck niż gra. Ale nic tam, w końcu to "Piłkarz Roku 2009". To chyba całkiem wymowne? W kadrze Beenhakkera był niezastąpionym filarem środka pola. W Polsce gracz drugiej linii nie musi umieć rozgrywać – grunt, że jest duży i umie czasem zrobić celny wślizg. O umiejętnościach Mariusza nie ma specjalnie co pisać – to żaden wirtuoz, oczywiście walczy, ale to powinno przestać kogokolwiek dziwić. W końcu czego mamy się spodziewać po piłkarzach reprezentacji jak nie walki? Może ciężko mimo wszystko porównywać nas do Włochów, ale to wydaje się dosyć ciekawe. Otóż selekcjoner Italii, Marcello Lippi, również często ustawia swoją kadrę w taktyce 4-5-1. W środku pola również gra trójką, z czego dwóch ma zadania bardziej defensywne (zupełnie jak u nas). Jednak nawet dysponując zestawem piłkarzy światowej klasy (Pirlo-Gattuso-De Rossi), Lippi wciąż szuka i daje szanse innym graczom, ostatnio stawiając odważniej na młodego Claudio Marchisio z Juventusu i solidnego Angelo Palombo z Sampdorii, w obwodzie trzymając przetransferowanego ostatnio do Liverpoolu Alberto Aquilaniego. Zyskuje w ten sposób nie tylko ogranych na międzynarodowym poziomie zmienników, ale i piłkarzy, którzy potencjalnie będą mogli stanowić o sile jego drużyny w perspektywie czasu. To właśnie myślenia w szerszych kategoriach najbardziej brakowało mi u Beenhakkera. On nie dawał szansy piłkarzom wyróżniającym się w lidze (czemu powołań nie dostawali Piotr Brożek, Maciej Iwański, Sławomir Peszko czy Patryk Małecki?), a stawiał na graczy przeciętnych (wspomniani wcześniej Zahorski, Pazdan, do tego chociażby Łukasz Trałka).
Skutki tego były najgorsze z możliwych – awans Biało-Czerwonych z prawdopodobnie najłatwiejszej z możliwych z grup eliminacyjnych stał się czymś niewykonalnym. Tragiczne w skutkach wyjazdowe klęski ze Słowacją i Irlandią Północną, remisy w marnym stylu wywalczone w meczach u siebie ze Słowenią i wspomnianą wyżej Irlandią i dramatyczna porażka ze Słoweńcami w ostatnim meczu to wyniki zdecydowanie poniżej oczekiwań. Kadra Beenhakkera była przestarzała, opierała się na mocno niepewnych filarach w postaci weteranów (Krzynówek, Żewłakow), piłkarzy bez formy i grzejących ławki w swoich klubach (Mariusz Lewandowski, znowu Krzynówek, coraz częściej Dudka) albo graczy… bez klubu (Smolarek). Brak było w drużynie nowych twarzy (tu za wyjątek można uznać stopniowo wprowadzanego do kadry Robert Lewandowski, ale to zdecydowanie za mało), trener stosował mocno archaiczną taktykę, która zupełnie nie pasuje do "polskiego stylu gry" (jakkolwiek komicznie by to nie brzmiało, to coś w tym jest – polscy piłkarze nie radzą sobie w ustawieniu z jednym napastnikiem).
Błędy przy powołaniach to jedno, a przygotowanie drużyny do meczów to drugie. Beenhakker ewidentnie miał problemy z obydwiema tymi rzeczami, czego dowodem jest zestawienie wyjściowej jedenastki na jedno z ostatnich spotkanie z Irlandią Północną. Przed meczem wszyscy wiedzieliśmy jedno – musimy przejąć inicjatywę i atakować, goście przyjadą z nastawieniem zdecydowanie defensywnym, będą liczyć na stałe fragmenty gry i kontrataki. Po jednej z takich kontr straciliśmy bramkę i główną winę ponosi za to złe zestawienie linii obrony. Po pierwsze – co na lewej obronie (poza zaliczaniem kolejnych, brakujących do 100, spotkań) robił Jacek Krzynowek? Jasne, manewr z nim w obronie mógł się pięknie sprawdzić w meczu z San Marino, ale oczywiste było to, że na mecz wydawałoby się "o wszystko" dla kadry trzeba mieć lewego obrońcę z prawdziwego zdarzenia. Czy Beenhakker takiego w tamtej chwili nie miał? Śmiem twierdzić, że miał i to nawet dwóch. O ile Piotra Brożka starał się celowo przy kolejnych powołaniach pomijać, to Seweryn Gancarczyk, jeden z najlepszych piłkarzy Lecha Poznań w dwumeczu z FC Brugge w Lidze Europejskiej, pojechał na zgrupowanie z kadrą, a tam Leo uznał, że na lewej obronie, pozycji, na której gra od lat ze sporym powodzeniem (nagrody za dobrą grę dostawał grając na Ukrainie w mocniejszej lidze niż nasza) jest gorszy od nie mającego kompletnie żadnego pojęcia o grze defensywnej Jacka Krzynówka. Skończyło się to tak, że momentami zostawaliśmy w trojkę z tyłu przy szybkich kontrach Irlandczyków. I tu wyniknął kolejny aspekt błędnego zestawienia obrony – nie jest tajemnicą, że Kyle Lafferty, strzelec gola dla gości, to szybki piłkarz – gdyby Leo i jego sztab dokładnie rozpracowali przeciwnika, mieliby o tym jakieś pojęcie. Ale widocznie kompletnie się tego nie spodziewali, bo nie mam pojęcia jak można uzasadnić grę w obronie mało zwrotnego, wolnego Dariusza Dudki, który w klubie docelowo gra w drugiej linii? A na ławce znowu siedział piłkarz, który mógł w wydatny sposób wpłynąć na przebieg rywalizacji. Mowa tu o Bartoszu Bosackim, najszybszym polskim obrońcy, który nie miałby problemów z nadążeniem za szybkim Laffertym. Do tego kapitan Lecha, w przeciwieństwie do Dudki, świetnie radzi sobie w pojedynkach główkowych (dowodem niech będą chociażby jedyne bramki Polakow na ostatnim Mundialu – obie strzelił właśnie on po stałych fragmentach gry) i mógłby sprawić spore zagrożenie pod bramką przeciwników. Ostatnią z ewidentnie błędnych decyzji holenderskiego coacha było pozostawienie na trybunach Marka Saganowskiego. Mimo że na co dzień jest on graczem trzecioligowego klubu angielskiego, to na Wyspach gra już ładnych parę lat i ma pojęcie o tamtejszym stylu gry. Dowiódł tego wykorzystując w pełni szansę w pierwszym spotkaniu z Irlandią – Leo wpuścił go w drugiej połowie, a o potrafił wygrać sporo pojedynków główkowych z rosłymi obrońcami, ostatecznie strzelając w ten sposób dla naszych drugiego gola. Z Irlandią role ofensywne pełnili Brożek, Smolarek i Lewandowski, czyli piłkarze zwinni i szybcy, ale w starciach z rosłymi obrońcami nie mający wielkich szans. Wpuszczenie Saganowskiego na ostatnie minuty mogło w tej sytuacji odmienić losy spotkania. Trochę inną sprawą jest granie w meczu o wszystko, przeciwko 8 piłkarzom z zadaniami defensywnymi (tak usposobiona była w sobotę Irlandia Północna) jednym napastnikiem. Nic dziwnego, że kadrowicze Beenhakkera zaczęli "coś grać" dopiero wtedy, kiedy selekcjoner zmienił taktykę wpuszczając do gry Roberta Lewandowskiego, drugiego napastnika. A gdyby tak wypróbować to ustawienie w meczach towarzyskich poprzedzających spotkanie z Irlandią? Ale to tylko gdybanie – fakty są jasne, Beenhakker po raz kolejny zawalił po całości i nie odrobił pracy domowej.
Rewanżowy mecz już naprawdę "o wszystko" ze Słowenią to kolejny dowód fatalnych błędów w selekcji Holendra. Po pierwsze – na prawej obronie zagrał tragiczne wolny i mało zwrotny Michał Żewłakow, ten sam, który nie mógł nadążyć za niezbyt szybkimi Irlandczykami. Inną sprawą jest kompletnie niezrozumiałe ustawienie środka pola – w roli defensywnego pomocnika (tradycyjnie) wystąpił Mariusz Lewandowski, ale jego partnerem był… Roger, dotychczas ustawiany tuż za jedynym wysuniętym napastnikiem. W roli tego kreatywnego playmakera wystąpił… lewoskrzydłowy Ludovic Obraniak. Nic dziwnego, że takie ustawienie kompletnie nie trzymało się kupy i przyniosło takie, a nie inne efekty.
W całej związku Beenhakkera z Polską trzeba też nieco wspomnieć o szefach selekcjonera. Mam na myśli zwłaszcza obecnego prezesa PZPN, Grzegorza Lato. Wraz z wygraniem przez niego wyborów nie oczekiwałem zbyt wiele – szczerze mówiąc postrzegam prezesa jako pogodnego, prostego gościa bez wykształcenia, któremu jednak brakuje stanowczości w najważniejszych momentach i pewnego salonowego obycia, cwaniactwa. Dowodem tego jest sytuacja z lutego bieżącego roku – Lato niby zabronił Beenhakkerowi podejmowania jakiejkolwiek innej pracy poza tą z kadrą, ale Don Leo nic sobie z tego nie zrobił i dwa dni po publicznym wystąpieniu prezesa, wbrew jego woli został technicznym konsultantem Feyenoordu Rotterdam. Lato został postawiony w trudnej sytuacji, miał w zasadzie dwa wyjścia : 1) natychmiastowe zerwanie kontraktu z Leo Beenhakkerem na skutek naruszenia przez niego warunków zawartej umowy; 2) stulenie uszu po sobie i udawanie, że nic się nie stało. Lato oczywiście wybrał opcję numer 2 i podjął nieśmiałe próby ogrzewania się w blasku selekcjonera. Mieliśmy potem sporo konferencji prasowych i opowieści, jak to dobrze się panom razem współpracuje. Bajka skończyła się jednak wtedy, kiedy Polska zaczęła tracić szanse na awans do finałów. Po lutym Lato nie miał wielkiego wyjścia – mógł wprawdzie wciąż zwolnić Beenhakkera, ale wiązałoby się to z koniecznością wypłacenia mu sporych pieniędzy z tytułu zerwania kontraktu z winy pracodawcy. Kontrakt, który wygasał w październiku bieżącego roku, zapewniał Holendrowi zarobki w okolicach 800 tysięcy euro rocznie i naprawdę musiałby on być głupcem, aby chcieć z własnej woli się tego pozbawić. Dla porównania – selekcjoner świetniej grającej na ostatnim Euro Chorwacji, Slaven Bilić, inkasuje rocznie kwotę w okolicach 250 tysięcy euro, trener wicemistrzów świata Francuzów, Raymond Domenech zarabia około pół miliona euro. Tylko że tu nawet nie ma co porównywać – Bilić potrafił ograć Anglię na Wembley i Niemców na Euro, Domenech doszedł do finału Mistrzostw Świata. Jak to w ogóle porównać do remisu w fazie grupowej z Austrią? Nie da się. Ciekawostką jest też fakt, że poprzednicy Leo – Paweł Janas i Jerzy Engel – zarabiali około 40 tysięcy złotych miesięcznie, a więc ich rocznych zarobków nie sposób zestawić z tym, co kasował Beenhakker.
Styl rozstania, wybrany przez prezesa, nie był najbardziej fortunny, to fakt. Ale późniejsze zachowanie Holendra jest również cokolwiek zabawne. Opowiadanie bajek o tym, że nie przygotował reformy szkolenia tylko dlatego, bo PZPN i tak wyrzuciliby ją do kosza, jest niczym innym jak marną próbą usprawiedliwiania swojego lenistwa. Skąd ten człowiek miał wiedzieć jak w Polsce wygląda system szkolenia, skoro nawet przez chwilę tu nie mieszkał? Wymiana uprzejmości i zarzucanie sobie pijaństwa nawzajem z prezesem Lato także wyglądają mocno komicznie. Ja nie odbieram obecnemu prezesowi boiskowych zasług – to był świetny piłkarz, ale już jako trener nie miał żadnych sukcesów. Nie ma też kompletnie żadnego wykształcenia kierunkowego, więc jak niby ma sprawnie zarządzać taką instytucją jak PZPN? Dopóki polską piłką będą rządzić tacy ludzie, dopóty kontakty z trenerami będą tak wyglądać. Ale klasy należy oczekiwać po obu stronach, a w tej sytuacji obaj panowie zachowali się po prostacku.
Były selekcjoner z Niderlandów od jakiegoś czasu starał się pokazać, że ma polski futbol w głębokim poważaniu. Na stałe mieszkał w Belgii, rzadko oglądał naszych kopaczy w akcji, do tego skupiał się na innych aspektach swojej pracy i pomocy ukochanemu Feyenoordowi. Dodając do tego marne wyniki kadry i jeszcze marniejszy styl zespołu, ciężko znaleźć w tym obrazie jakiekolwiek pozytywy. Podstawowym argumentem osób broniących Beenhakkera jest twierdzenie, że zmiana selekcjonera i tak nic nie da, bo to piłkarze są kiepscy i po prostu na lepszą grę ich nie stać. Jest to teza absolutnie bzdurna – przykładów przeciwko takiej teorii nie musimy daleko szukać. Jak wszyscy pamiętamy na ostatnim turnieju Euro zabrakło Anglików, którzy dowodzeni przez fatalnego Steve’a McLarena nie wywalczyli kwalifikacji, przegrywając w decydującym meczu z Chorwacją na Wembley 2-3. Od tamtej pory minęły dwa lata, trenerem został Fabio Capello i los-figlarz sprawił, że Anglia znowu w najważniejszym meczu w grupie spotkała się z Chorwacją. Jak było teraz? Otóż Anglicy wygrali 5-1 u siebie i 4-1 na wyjeździe, grając chwilami wprost fantastycznie i na chwilę obecną są uważani za jednych z faworytów Mistrzostw Świata. A Capello wcale nie dokonał jakiejś rewolucji, w składzie narodowej reprezentacji wciąż wiodącymi postaciami są Terry, Gerrard, Lampard, Rooney czy Ashley Cole, czyli znane wszystkim kibicom nazwiska. To dowodzi tylko tego, że trener ma mimo wszystko duży wpływ na kształt i postawę drużyny, być może nawet większy niż nam się wydaje.
Jakie szanse na zmianę oblicza reprezentacji ma zatem nowy selekcjoner, Franciszek Smuda? Ciężko przewidzieć, na pewno wynegocjował sobie dobry kontrakt i mając w perspektywie ponad dwa lata ciężkiej pracy mamy prawo oczekiwać od niego dobrego wyniku na Euro. Początki są trudne, w dwóch pierwszych meczach nie było widać znacznej poprawy, ale po stronie korzyści Smudzie należy zapisać testowanie uzdolnionej młodzieży, która w perspektywie lat ma szansę na wybicie się. A że nie będziemy teraz grać o stawkę, to okazja do tego typu eksperymentów jest wręcz wymarzona. Smuda był też faworytem mediów do objęcia posady, ale faktem jest, że konkurencji nie miał na wysokim poziomie – Kasperczak przestał się liczyć w chwili spuszczenia Górnika z ligi, Skorża jest chyba jeszcze za młody, Janas już był, itd. Bezsensem było tymczasowe powierzenie kadry w ręce Stefana Majewskiego, który podobno za dwa mecze o nic z Czechami i Słowacją ma zainkasować 250 tysięcy złotych! To kolejna kuriozalna decyzja PZPN, której w żaden sposób nie da się wytłumaczyć. Ale koniec końców wydaje się, że na całym tym zamieszaniu z trenerami nie wyszliśmy najgorzej.
Rozstanie z Leo Beenhakkerem było koniecznie, jednak powinno nastąpić już po nieudanych finałach Euro 2008. Kontynuowanie współpracy, która nie od dawna nie przynosiła korzyści obydwu stronom było sztuczne i bezsensowne, pogłębianie atmosfery konfliktu nie przysłużyło się polskiemu futbolowi. Niestety, ale wobec wszystkich powyższych historii nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jako naród kompletnie daliśmy omamić się obcokrajowcowi, który mówił nam to, co chcieliśmy usłyszeć, a nie robił kompletnie nic, by fatalny poziom polskiego futbolu zmienić na lepsze.
–
Kacper Bartosiak