Mistrzostwa Świata 2010 w RPA, część 3
Po miesiącu mniej lub bardziej emocjonujących rozgrywek dziewiętnaste finały piłkarskich Mistrzostw Świata dobiegły końca. Można mówić wiele o czysto sportowym poziomie rozgrywek, ale trzeba uczciwie przyznać, że piłkarze rozkręcali się dosyć powoli. Pierwsza seria spotkań grupowych dostarczyła kibicom na całym świecie niesamowitej nudy – dominowało kunktatorstwo i asekuranctwo, a od tej reguły wyłamywali się nieliczni. Potem, wraz ze wzrostem stawki, zaczęło pojawiać się więcej dramaturgii – już pierwsza faza rozgrywek zaowocowała kilkoma szokującymi rezultatami. Po fazie grupowej do domu pojechali ci, którzy cztery lata temu starli się w dramatycznym finale turnieju – Włosi i Francuzi. Drabinka pucharowa sprawiła, że w ćwierćfinałach mogły zostać tylko 3 drużyny ze Starego Kontynentu, więc śmiesznie czytało się te wszystkie spekulacje o kryzysie europejskiej piłki dysponując dzisiejszą perspektywą, bo Europa znowu obsadziła całe podium, podobnie jak 4 lata temu. Teraz czwarte miejsce przypadło nieco sensacyjnie niedocenianemu Urugwajowi, który był niewątpliwie czarnym koniem turnieju. Co się do tego przyczyniło? Na pewno świetna postawa w rozgrywkach grupowych – podopieczni Oscara Tabereza grając z gospodarzami, silnym Meksykiem i na papierze mocną Francją nie stracili ani jednej bramki! To fakt bardzo wymowny a biorąc pod uwagę późniejsze zastrzeżenia wobec postawy bramkarza – Fernando Muslery – osiągnięcie wydaje się tym większe. Niesamowite wrażenie robili urugwajscy obrońcy, którzy prezentowali się wyśmienicie – grali agresywnie, ale czysto, świetnie się ustawiali, imponowali niesamowitą walecznością. Co ciekawe w trakcie turnieju Tabarez korzystał z usług wszystkich powołanych obrońców i każdy z nich imponował na boisku podobnymi cechami wolicjonalnymi. Największe wrażenie na mnie zrobiła podstawowa para środkowych obrońców: Godin-Lugano. Brakowało Urugwajczykom wielkich nazwisk w drugiej linii, ale tam znowu wychodziła z nich ta mentalność walczaków – pomocnicy harowali aż miło na całej szerokości boiska czym nadrabiali braki czysto techniczne. Kosmiczną wręcz techniką dysponowała za to para napastników – bramkostrzelni Forlan i Suarez. Obaj mieli wyrobioną markę już przed turniejem, ale w trakcie mistrzostw udowodnili jak niesamowitymi są strzelcami. Urugwaj nie miał zbyt wielu szans i ich wypracowywanie nie przychodziło podopiecznym Tabareza łatwo, ale dysponując tak znakomitymi strzelcami coach mógł mieć pewność, że jeśli okazje się nadarzą, to piłka wpadnie do siatki. Imponował zwłaszcza niesamowity Forlan, który nie tylko kapitalnie wykańczał akcje, ale kiedy była taka potrzeba cofał się do drugiej linii pomagając w rozgrywaniu. Naprawdę, niesamowity turniej w wykonaniu 31-letniego napastnika Atletico Madryt. Suarez z kolei przejdzie do historii jako autor kontrowersyjnego wybicia piłki z linii bramkowej w ostatniej minucie dogrywki w meczu z Ghaną. Nie za bardzo rozumiem pretensje trenera Afrykańczyków, Milovana Rajevaca, który po porażce lamentował, że w takich przypadkach powinno się uznawać gola. Ja rozumiem ból trenera i tak dalej, ale po pierwsze – pretensje w tej sytuacji to powinien mieć do Gyana, który nie wykorzystał karnego, a po drugie – niby na jakiej podstawie miałby zostać w tej sytuacji zaliczony gol? Jak można zaliczyć gola, kiedy piłka fizycznie nie przekroczyła linii bramkowej? Moim zdaniem to czysty idiotyzm – podobne wybicia to naprawdę sprawa na tyle marginalna, że nie ma sensu tworzyć aż takich precedensów. FIFA powinna zająć się pilniejszymi sprawami, których jest przecież bez liku… Wyrzucenie zawodnika rywala z boiska + rzut karny to wystarczająca kara, a że ktoś nie umie takiego splotu okoliczności wykorzystać…
Do Ghany jeszcze wrócę, ale nieprzypadkowo rozpoczynam prezentację zwycięzców Mundialu od Urugwaju – oczywiście, wynik wynikiem, ale jest kilka rzeczy, które bardziej zostaną mi w głowie niż widok triumfujących Hiszpanów. Poza nadzwyczajnie dobrą grą Urusów na pewno warto powiedzieć dużo dobrego o postawie Niemców. Joachim Loew zagrał szalenie ryzykownie – powołał na turniej kadrę bardzo młodą, ale przy tym nie zabrakło mu konsekwencji i on naprawdę stawiał na tę młodzież w kluczowych momentach co nie należy przecież do reguły. Pierwszy wielki turniej zaliczył utalentowany bramkarz Manuel Neuer, który jednak specjalnie nikogo nie zachwycił, niemniej obserwując jego klubowe postępy śmiem twierdzić, że jeśli zdecyduje się na transfer do czołowego klubu europejskiego to wkrótce może stać się jednym z najlepszych golkiperów na świecie. W obronie też znalazło się miejsce dla młodzieży, ale tylko na jednej z bocznych flanek – w środku grał solidny duet Mertesacker-Friedrich, obok kapitan Lahm a po przeciwnej stronie Loew eksperymentował aż miło próbując takich zawodników jak Aogo, Jansen, Boateng czy Badstuber. To jednak nic w porównaniu z tym, co selekcjoner Niemców wyczyniał w drugiej linii – środek pola zabezpieczali: względnie doświadczony na tle kolegów Schweinsteiger i młodziutki pomocnik VfB Stuttgart Sami Khedira (który wygląda TOTALNIE jak Milan Baros!) zaś przed nim szalał gracz, który śmiało może pretendować do miana jednego z odkryć Mundialu – Mesut Ozil. Rozgrywający Werderu Brema to playmaker w starym dobrym stylu, który momentami trochę przypominał stylem gry Andreę Pirlo z najlepszych czasów. W skrócie – koledzy z tyłu robili za niego czarną robotę związaną z odbiorem piłki a Ozil zajmował się błyskawicznym rozprowadzaniem kontrataków i czynił to naprawdę z niesamowitą finezją. Wprawdzie zaliczył „tylko” 3 asysty, ale ciężko zliczyć w ilu bramkach miał równie duży udział. Kto wie czy nie lepiej od pomocnika Werderu Brema spisał się Thomas Muller, kolejny młodzian, który oprócz 3 asyst dołożył także 5 goli i w skutek tego zdobył Złotego Buta dla najlepszego strzelca turnieju. Jak ważną postacią dla drużyny był Muller najlepiej widać było w półfinałowym meczu z Hiszpanią gdy go zabrakło i właśnie wtedy nasi zachodni sąsiedzi zagrali swój najgorszy mecz na turnieju i zostali wyeliminowani. Ale ogółem Niemcy byli kapitalni – skończyli turniej z bilansem bramek 16-5, a łomoty, jakie spuścili Anglikom i Argentyńczykom przejdą do historii futbolu. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie sposób oprzeć się konkluzji, że to, co najlepsze jest jeszcze przed tą drużyną i tak naprawdę dysponując takim potencjałem i zapleczem kadrowym Niemcy mogą zdominować kolejne turnieje od Euro 2012 począwszy. Niemniej nieraz na tych mistrzostwach przekonaliśmy się, że takie papierowe rozważania często mają się nijak do rzeczywistości.
Najlepiej było to widać na podstawie Argentyny i Brazylii – wielu właśnie te reprezentacje z Ameryki Południowej widziało w finale marzeń turnieju. Niestety, wydaje się, że największą winę za przedwczesne porażki ponoszą w obydwu przypadkach trenerzy. Dunga zaufał nieodpowiednim ludziom i w decydującym momencie właśnie ci zaufani go zawiedli. Nie jest tajemnicą, że Felipe Melo zaliczył arcytragiczny sezon w Juventusie, zresztą za swoją „grę” otrzymał wiele stosownych nagród – widzieli to wszyscy tylko nie selekcjoner Brazylii. Melo w całym turnieju grał przeciętnie, ale w ćwierćfinale z Holandią przeszedł samego siebie – najpierw zaliczył niespotykanie piękną asystę przy golu Robinho, ale potem wbił sobie idiotycznego samobója (zawiodła komunikacja z bramkarzem), potem zawalił krycie przy golu na 1-2 by wreszcie po kilku minutach otrzymać chyba najgłupszą czerwoną kartkę na tym turnieju za idiotyczny atak na Robbena. Brazylijczykom od pierwszego meczu brakowało kreatywności, którą zapewniali jedynie Robinho i, od wielkiego dzwonu, Kaka, a to jednak nie mogło wystarczyć do medalu. Zabrakło utalentowanej brazylijskiej młodzieży – w kadrze znalazł się tylko JEDEN piłkarz poniżej 23 roku życia. Maradona z kolei trzymał się dzielnie, ale nie można zapomnieć o wielkim szczęściu które sprzyjało mu w meczu 1/8 z Meksykiem. Argentyna zaczęła ten mecz fatalnie, bo podopieczni trenera Aguirre mieli naprawdę mnóstwo swobody i byli blisko wbicia pierwszego gola – kapitalny strzał Salcido zatrzymał się nawet na poprzeczce. Potem przyszła jedna z najbardziej kuriozalnych pomyłek na całym turnieju – asystent Roberto Rosettiego nie zasygnalizował pozycji spalonej Carlosa Teveza, który znajdował się przed samą bramką po zagraniu Leo Messiego, wyprzedzając o dobry metr ostatnich dwóch obrońców Meksyku. Komizmu tej sytuacji dodaje fakt, że podobno dokładną powtórkę widać było na wielkim stadionowym telebimie a mimo to arbiter postanowił gola uznać – ktoś rozumie o co tu chodzi? Uskrzydleni przypadkowym prowadzeniem Argentyńczycy poszli za ciosem i szybko strzelili drugiego gola po indywidualnym błędzie obrońcy Meksyku, potem Tevez przywalił z dystansu na 3-0 i nie było za bardzo co zbierać… Szkoda Meksykan, bo selekcjoner Aguirre zmontował tam naprawdę kapitalną pakę, która również rokuje duże perspektywy na przyszłość, bo wydaje się, że Vela, dos Santos i Hernandez najlepsze w swoich karierach mają dopiero przed sobą.
Dużo ciepłych słów, ale z różnych względów, należy się także piłkarzom Chile i Paragwaju. Ci pierwsi imponowali polotem w ofensywie i niesamowitą walecznością – najbardziej podobało mi się to, jak grając w 10-tkę od 30 minuty potrafili stłamsić Hiszpanów i momentami narzucić im swój styl gry. Niestety, w tamtym meczu pochopnie wykartkował ich sędzia i między innymi dlatego Brazylia miała z nimi tak łatwo. Paragwaj z kolei grał z żelazną konsekwencją w defensywie, ale już z przodu brakowało polotu, dlatego w trakcie turnieju podopieczni selekcjonera Martino zdobyli tylko 3 gole a przecież ten atak na papierze wyglądał naprawdę interesująco, bo Cardozo, Santa Cruz, Barrios i Valdez to napastnicy naprawdę wysokiej klasy. Zawiodły grające w grupie C Stany Zjednoczone, które nie potrafiły poradzić sobie z Ghaną, ale to nic przy zawodzie, który sprawili Anglicy. Oczywiście, można usprawiedliwiać Dumnych Synów Albionu tragiczną postawą arbitra, który nie uznał gola na 2-2 w meczu z Niemcami, gdzie piłka przekroczyła linię bramkową o blisko pół metra. To było niezwykle ważne wydarzenie, bo kontaktowy gol na 1-2 padł minutę przed niesamowitym strzałem Lamparda. Ciężko przewidzieć, jak na taki obrót spraw mogliby zareagować Niemcy, ale jedno jest pewne – na pewno bylibyśmy świadkami mniej jednostronnego i ciekawszego widowiska, bo kolejne gole naszych zachodnich sąsiadów w drugiej połowie były konsekwencją odkrycia się Anglików, którzy zaniedbywali asekurację w defensywie. Ale nie można wszystkiego tłumaczyć postawą sędziego – Anglicy byli do Mundialu słabo przygotowani, w fatalnej dyspozycji znajdował się Wayne Rooney a kontrowersyjne decyzje Capello nie ułatwiały sprawy. Co robił w ataku Heskey? Gerrard na lewej pomocy? Czemu tak mało grał Joe Cole? To wszystko kluczowe zagadnienia, które wydatnie przełożyły się na kiepską postawę podopiecznych Włocha w ataku. Japonia i Korea Południowa walczyły do końca, ale mimo wszystko brak w tych drużynach dużej liczby piłkarskich indywidualności wielkiej klasy.
Najlepszy z przedstawicieli Afryki – Ghana – był blisko jak nigdy wcześniej pierwszego w historii półfinału dla kraju z Czarnego Lądu. O wszystkim zadecydował karny Gyana w końcówce dramatycznej dogrywki z Urugwajem, bo porażkę w rzutach karnych można chyba zrzucić na karb tego właśnie wydarzenia. Jakby nie było to gra Ghany specjalnie nie imponowała – w fazie grupowej jedyne bramki uzyskali z rzutów karnych, ze Stanami Zjednoczonymi w 1/8 zagrali dosyć chimerycznie, ale w pierwszej połowie praktycznie nie pozwalali rywalowi na jakiekolwiek granie z przodu. Mecz z Urugwajem był niezwykle wyrównanym widowiskiem, które pokazało, że podopieczni Rajevaca rozkręcali się z meczu na mecz i mimo wszystko szkoda, że nie udało się na naszych oczach „stworzyć historii” i po raz pierwszy w historii afrykańskiego kontynentu awansować do półfinału… Mimo wszystko ciekawa sprawa, że Serbski selekcjoner potrafił stworzyć naprawdę solidną reprezentację i umiał zmierzyć się z gorącymi głowami Ghańczyków, m.in.: umiejętnie studząc zapędy gwiazdora Interu Sulleya Muntariego. Należy też pamiętać, że Ghana grała bez swojej największej gwiazdy – defensywnego pomocnika Chelsea Essiena, ale może właśnie w skutek mógł pokazać światu swoją wartość Kevin-Prince Boateng, który został największym beneficjentem nieszczęścia kolegi i teraz może przebierać w transferowych ofertach.
No dobrze, przejdźmy już do finalistów, których nieprzypadkowo zostawiam na koniec – ciągle jestem lekko zażenowany poziomem meczu finałowego. Po pierwsze – sędzia. Howard Webb, którego trochę broniłem po meczu Polska-Austria, tym razem pokazał, że ciężko radzi sobie z presją tak trudnego spotkania. Bezsensowny był cały szereg zachowań angielskiego arbitra – w pierwszej połowie niepotrzebnie wręczył pęk żółtych kartek piłkarzom faulującym w niezupełnie groźnych sytuacjach a kiedy trzeba było pokazać „jaja” i wyrzucić De Jonga za bezmyślnie kopnięcie w klatkę piersiową Alonso to Webb pokazał tylko kolejne żółtko. Kontrowersyjne było także nieodgwizdanie faulu po szarży Robbena, którego ręką nieprzepisowo powstrzymywał Puyol, ale tam bardziej zawinił Holender, który nie przerwał akcji efektownym padem tylko starał się mijać Casillasa i dopiero gdy to mu się udało uderzył z pretensjami do arbitra – trochę nie rozumiem tej postawy, bo skrzydłowy powinien mieć pretensje przede wszystkim do siebie. Nie zmienia to faktu, że arbiter pokazał wczoraj 14 żółtych kartek i jedną czerwoną, a to wynik któremu niedaleko do rekordów. Naprawdę ciężko powiedzieć żeby w meczu finałowym trzeszczały kości a osobiście bardzo irytuje mnie taki styl sędziowania, w którym arbiter stara się zdobyć szacunek i posłuch wśród zawodników za pomocą pochopnie rozdawanych żółtych kartek. Do tego brakowało konkretnych akcji i groźnych strzałów, które można by pewnie zliczyć na palcach jednej ręki. Niezbyt przyjemnie się to wszystko oglądało i z nudniejszych finałów mistrzostw jakie kojarzę to chyba tylko mecz z 1994 roku dorównywał mu poziomem.
Droga Hiszpanów do tytułu jest mimo wszystko, jak na nich, trochę niecodzienna. We wszystkich meczach fazy pucharowej prześlizgiwali się wynikami 1-0 osiąganymi na dodatek raczej w marnym stylu, nie przypominając w niczym tej Hiszpanii z eliminacji czy z Euro2008. Niby zwycięzców się nie osądza, ale ciężko było zachwycać się hiszpańskim polotem na tym turnieju głównie z tego względu, że było go bardzo mało. Pewnym przełomem był bardzo dobry mecz podopiecznych Del Bosque z Niemcami, w którym to potrafili wytrącić przeciwnikom z ręki wszystkie atuty. Porównując podejście obecnego selekcjonera ze stylem poprzednika widać pewne różnice – Del Bosque nastawia się głównie na żelazną organizację defensywy i atak pozycyjny z wykorzystaniem indywidualnych umiejętności niektórych zawodników, ale mniej było w tym wszystkim polotu, do którego tak dążył Luis Aragones. Znamienna była już sama taktyka – widząc słabą formę Torresa del Bosque wrócił do ustawienia 4-5-1, w którym ważną i niedocenianą rolę pełnił Busquets, który był tym zawodnikiem od czarnej roboty, ale swoją pracę wykonywał na tyle dobrze, że Xabi Alonso i Xavi mogli skupiać się na rozgrywaniu. W dobrej formie był Iniesta, sporo kreatywności wnosili błyskotliwi skrzydłowi – Pedro i Jesus Navas, który dał kapitalną zmianę w meczu finałowym. Szkoda że tak mało grał Fabregas, ale to właśnieon zaliczył kluczową asystę w finale, kiedy to pięknym, przytomnym podaniem wystawił Inieście piłkę jak na tacy. Świetny w bramce był Casillas, który poza dziwnym zachowaniem w pierwszym meczu spisywał się niezwykle przekonująco. Pique i Puyolowi zdarzały się błędy (ten pierwszy sprokurował karnego z powietrza dla Paragwaju w 1/4), ale ogółem obaj stanowili pewne punkty zespołu. Z każdym meczem rozkręcali się boczni obrońcy – imponował zwłaszcza Ramos, który pod koniec turnieju odważnie włączał się do akcji ofensywnych. Villa w ataku robił swoje, imponował niesamowitym nosem do strzelania goli, ale nie było to właściwie żadnym zaskoczeniem. Strasznie zawiódł Torres, który nie strzelił podczas turnieju żadnego gola. Szkoda że tak mało szans dostawał Bask Llorente, bo grając przez niespełna pół godziny z Paragwajem pozostawił po sobie naprawdę bardzo dobre wrażenie. Ogółem – brawo dla Hiszpanów, po raz kolejny potwierdziło się, że mistrzem nie zostaje drużyna najefektowniej grająca tylko ta, która zachowuje najwięcej zimnej krwi w kluczowych momentach.
Dziwny był też przypadek Holendrów, którzy właściwie w niczym nie przypominali tej grającej z polotem ekipy z Euro2008, ale nikt głośno na to nie narzekał dopóki Oranje odprawiali z kwitkiem kolejnych rywali. W meczu ze słabą Słowacją Holendrzy mieli sporo szczęścia, za to z Brazylią stoczyli naprawdę ostry bój, ale ciężko byłoby im o to zwycięstwo gdyby nie niezrozumiała postawa Felipe Melo. W półfinale z Urugwajem wbili trzy ładne bramki, ale za każdym razem piłka odbijała się od słupka, więc było w tym wszystkim sporo szczęścia. Głodnych międzynarodowych sukcesów Holendrów to srebro powinno w jakimś stopniu usatysfakcjonować, bo na złoto niestety nie zasługiwali, ale mimo wszystko mieli na nie spore szanse, ale jeśli Robben nie potrafi wykorzystać sytuacji sam na sam z kładącym się Casillasem to ja nie mam pytań…
Moja ogólna ocena tego turnieju jest mimo wszystko mocno ambiwalentna – początek był tragiczny, ale z każdym meczem poziom rósł i mimo wszystko mieliśmy do czynienia momentami z niemożliwą wręcz dramaturgią. Sporo zdarzeń z tego turnieju przejdzie do historii a w tym miejscu chciałbym pokusić się o kilka moich rankingów.
Najpierw moja 11-tka turnieju:
Casillas, - Ramos, Friedrich, Lugano, Lahm, - Robben, Schweinsteiger, Sneijder, Muller, - Villa, Forlan.
Rezerwa: Stekelenburg, Puyol, van Bronckhorst, Ozil, Iniesta, dos Santos, Klose.
10 najlepszych wydarzeń sportowych:
10. Parada Noela Valladeresa w meczu Honduras-Chile.
9. Akcja Niemców na 2-0 w meczu z Anglią.
8. Piękna akcja bramkowa Meksyku w meczu z Francją.
7. Szalone pięć minut z meczu Hiszpania-Paragwaj.
Paraguay 0-0 Spain (Quarter Final) Missing Penalties
Goalsarena | MySpace Wideo
6. Podcinka Quagliarelli w meczu Włochy-Słowacja.
5. Akcja bramkowa Hiszpanów z finału.
4. Strzał życia van Bronckhorsta z meczu Holandia-Urugwaj.
3. Niesamowity wolej Forlana z meczu o trzecie miejsce.
2. Gol-widmo Lamparda w meczu Anglia-Niemcy.
1. Ręka Suareza meczu Urugwaj-Ghana i dramatyczna końcówka dogrywki.
7 najśmieszniejszych akcji związanych z Mundialem:
7. Niesamowity pad De Rossiego.
6. Treningi w wydaniu piłkarzy Korei Północnej.
5. Treningi przeprowadzane przez Maradonę.
4. Reakcja Ikera Casillasa na strzał jednego z Portugalczyków.
3. Mesut Ozil podbijający… gumę do żucia.
2. Maradona i jego konferencje prasowe.
1. Eboue poznający sekrety koreańskiej myśli szkoleniowej.
Na deser 10 moich ulubionych tekstów komentatorów z fazy pucharowej:
10) "Amerykanie znowu na dieslu – wolno się rozkręcają." (Jacek Gmoch komentujący postawę piłkarzy USA w meczu z Ghaną)
09) "Niebywale celny strzał" (Gmoch o uderzeniu Robbena)
08) "James odwraca głowę od piłki jakby chciał chronić swoją wątpliwą urodę" (Szczęsny o postawie Davida Jamesa przy jednym ze strzałów w meczu Niemcy-Anglia)
07) "Niech tańczy jak Jurek w Konstantynopolu, hehehehe" (Gmoch zachęcający Casillasa do naśladowania stylu Dudka w pamiętnym finale Ligi Mistrzów)
06) "Ośmiornica ma się dobrze i klaszcze swoimi ośmioma odnóżami" (Babiarz w studiu podczas meczu finałowego)
05) "Mamy nadzieję, że telewidzowie TVP i TVP HD zobaczą w drugiej połowie piłkarzy z ADHD" (Szczęsny w przerwie meczu Paragwaj-Japonia)
04) "Kuyt był bohaterem meczu – grał jakby na tych folderach orał ziemię! " (Gmoch o postawie Kuyta w meczu Holandia-Brazylia)
03) "Włodku, ty parę razy grałeś końcówki spotkań – powiedz nam wszystkim jak to jest" (Szpakowski proszący Lubańskiego o komentarz w końcowce meczu)
02) "Deszcz zmył makijaż pewności z twarzy zawodników Urugwaju" (Iwański o postawie Urugwajczyków w meczu z Koreą)
01) "Hiszpanie zastosowali futbol kontrolowany. Futbol kontrolowany jak… rozmowy kontrolowane, hehehe" (Gmoch o postawie Hiszpanów w meczu z Niemcami)
–Kacper Bartosiak