LITERATURA
MUZYKA
KINO
SZTUKA
NAUKA
PUBLICYSTYKA
POPKULTURA
SPORT
INNE
DOKŁADNIE 100 LAT TEMU
Publicystyka
21 kwietnia 2010
Krajobraz po katastrofie
Żałoba trwała ponad tydzień i ewidentnie niektórym żurnalistom ten okres dłużył się niemiłosiernie. Czekałem kto pierwszy złamie tabu, i proszę,
voilà
– wstępne sondaże prezydenckie i partyjne ruszyły już w środku tygodnia. Dokładnie w czwartek gazeta.pl opublikowała, w atmosferze umiarkowanego zgorszenia, badanie przeprowadzone na zlecenie Polsatu, z którego wynikało, że największym poparciem cieszy się Komorowski, za nim jest Cimoszewicz (deklarujący wcześniej kilkanaście razy, że nie zamierza startować – jak na złość sondażownie nie chcą dać mu spokoju), podczas gdy Jarosław Kaczyński mógłby liczyć na zaledwie 3% głosów.
O ile możemy w ogóle mówić w tym wypadku o sondzie autentycznej, a nie wytworze wyobraźni łebków z Homo Homini, to na oko margines błędu wynosi kilkadziesiąt procent, biorąc pod uwagę, że każdy normalny człowiek pytany parę dni po TEJ katastrofie o preferencje wyborcze, prawdopodobnie dałby ankieterowi kopa w dupę, i że Jarosław już teraz cieszy się murowanym poparciem calutkiego elektoratu PiS. O drugim złamaniu tabu – awanturach państwa Wajdów i
"Redakcji Gazety Wyborczej"
nad trumną Prezydenta oraz wykrzywionych nienawiścią twarzach i uniesionych środkowych palcach na "spontanicznych" demonstracjach zorganizowanych przez krakowską Platformę – powiedziano już dużo.
Słusznie zauważył Rokita, że to, czego byliśmy świadkami przez ostatni tydzień oznacza zwycięstwo tradycji romantycznej, polskiego mesjanizmu równoznacznego z kultem wielkich tragedii narodowych, a drugi, pozytywistyczny model patriotyzmu – spokojny, mniej podniosły, związany z uznaniem dla codziennej pracy państwowej – nie ma na razie szans zadziałać mocniej na wyobraźnię Polaków. Na naszej zbiorowej wyobraźni piętno może odcisnąć jedynie piękny romantyczny mit zwieńczony dramatem na niebywała skalę, a symbolem tej legendy będzie na długie lata sarkofag Lecha Kaczyńskiego na Wawelu.
Ta interpretacja jest już w zasadzie powszechnie akceptowana, myśli komentatorów i dziennikarzy są obecnie skupione wokół nadchodzących wyborów, przy czym najbardziej pochłaniają rozważania na temat kandydata Prawa i Sprawiedliwości, a także tego, jak właśnie ten nowy, męczeński symbol zostanie wykorzystany w kampanii i czy przypadkiem przedstawicielom PiSu nie przyjdzie do głowy powoływać się na przesłanie Lecha Kaczyńskiego. Sama partia wydaje się zgodna – do rywalizacji z Komorowskim typowany jest prezes, osoba, która nie pasuje do tego urzędu praktycznie pod żadnym względem – mentalnym, wizerunkowym, osobowościowym, politycznym. Jest to z perspektywy PiSu propozycja w sensie emocjonalnym zrozumiała, ale krótkowzroczna – partia straciła najlepszych ludzi u sterów, ewentualne pozbawianie się niekwestionowanego lidera, choć i tak JK nie ma szans, jawiłoby się ogromnym błędem.
Mnie zaciekawiło, jak mało mówi się na razie o Ziobrze, który wcześniej na giełdzie nazwisk był zawsze wymieniany jako główny rezerwowy. Prawda jest taka, że poza Kaczyńskim i Ziobrą PiSowi trudno byłoby znaleźć rozpoznawalnego kandydata na dwa miesiące przed wyborami (nestor Olszewski i wieczny senator Romaszewski to raczej szlachetni oldboye), dlatego każda inna pojawiająca się propozycja, może z wyjątkiem Zyty Gilowskiej, która jednak przegrałaby z Komorowskim na gruncie "kombatanckim", wydaje się egzotyczna. Dorn był z PiSem skłócony, Jurek chyba zbyt hermetyczny, Michała Kleibera, typowanego na wspólnego kandydata PiSu i Lewicy (też śmiech na sali swoją drogą), kojarzy może co setny wyborca.
Niezależnie kto zostanie kandydatem PiSu, a nie ma tu dobrego rozwiązania, z pewnością podejmie on wątek Lecha Kaczyńskiego, wyrazi gotowość kontynuowania giedroyciowskiej wizji polityki wschodniej, autentycznie realizowanej przez zmarłego Prezydenta, romantycznej polityki historycznej i nie do tego stopnia, ale jednak "wrażliwej" (inaczej: lewicującej, jeszcze inaczej: solidarnej) polityki społecznej. I tenże kandydat, niezależnie kto nim będzie, przegra z przedstawicielem Platformy, bez względu na nieuchronnie niską frekwencję w drugiej turze i bez względu na wakacyjną porę, kiedy elektorat PO wypoczywa za granicą.
Trudno się z tym pogodzić, ale wszystko na to wskazuje: Bronisław Komorowski wygra. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że wbrew
image
ciepłego, kluchowatego wujka domatora z poczciwymi wąsami, myśliwy Komorowski jest zimnym, cynicznym i bezwzględnym graczem. Marszałek był bodajże jedynym politykiem, który nie wydawał się specjalnie poruszony tragedią i w zgodnej opinii komentatorów oraz polityków, oraz w powszechnym odczuciu, rozczarował w żałobie swoim wyrachowaniem. Okrągłe formułki wygłaszał tym samym
timbre
i intonacją, którą opowiada o regulaminie Sejmu, z brakiem jakiejkolwiek empatii, bez śladu osobistego wzruszenia.
Osobom żywiącym przekonanie o moralnej nieskazitelności Komorowskiego szczególnie zastanawiające mogły się wydać jego działania podjęte tego samego dnia, a ogłoszone w dniu następnym – okazuje się, że kiedy parlamentarzyści, którzy w katastrofie stracili przyjaciół i znajomych, opowiadali o zmarłych z nabożeństwem i przez łzy, p.o. Prezydenta niewzruszony przystąpił do wymiany kadr. Podobno natychmiastowe wypełnienie wakatów na stanowiskach szefów Kancelarii Prezydenta i BBN-u ludźmi zaufanymi, zamiast nominacji zastępców, było niezbędne, nie bardzo tylko wiadomo dlaczego. Plotki mówią, że nazajutrz po zmianie w BBN, podziękowano prezydenckim doradcom, poproszono o hasła do komputerów i z miejsca rozpoczęto poszukiwania słynnego Aneksu, ale to informacje niepotwierdzone. Tajemnicą poliszynela są próby uzyskania przez Marszałka wpływu na tymczasowe rozwiązania w IPN. O konieczności szybkich decyzji w sprawie NBP dowiedzieliśmy się publicznie, by następnego dnia usłyszeć, że jednak pomyłka, jednak świat się nie zawali, jeśli przez parę miesięcy obowiązki Skrzypka przejmie jego zastępca. Osobiście sądzę, że te bezpardonowe działania Komorowskiego powstrzymał sam Tusk, ewentualnie doradcy wizerunkowi.
Drugim powodem, dla którego można założyć, że Komorowski zwycięży, poza tą jego bezwzględnością, jest stan mentalności tej części społeczeństwa, która zaczyna powoli decydować o kształcie sceny politycznej, a której motto wyraził niegdyś Władysław Bartoszewski, mówiąc o "brzydkiej pannie bez posagu", definiując oficjalną i pożądaną pozycję Polski jako państwa nawet nie tyle słabego, co zakompleksionego. To właśnie kompleksy Polaków każą teraz wszystkim rozpływać się nad wspaniałomyślnością władz rosyjskich i dobrocią okazaną nam przez prezydenta Miedwiediewa i premiera Putina. Okazuje się bowiem, że kraj, na terytorium którego zginęła tragicznie głowa państwa wraz z dowódcami wojsk i ważnymi politykami, nie tylko współpracuje ze stroną polską przy badaniu przyczyn wypadku, ale jeszcze zdobywa się na miłe gesty, słowa współczucia i wpisy do księgi kondolencyjnej, co wprawia w taki zachwyt profesorów Modzelewskiego i Samsonowicza, że aż piszą oni listy do przyjaciół Moskali, bodajże cyrylicą. Socjolog Markowski uznał, że ze strony Rosji sprawa jest zamknięta i on już niczego nie wymaga, co w kontekście niedawnej
odpowiedzi
władz rosyjskich na skargę Rodzin Katyńskich do Trybunału w Strasburgu wydaje się szczególnie mądre. Aktor Maciej Stuhr zapytany przez Grzegorza Miecugowa stwierdził nawet, że w obliczu tej niewysłowionej szlachetności jaką opromieniają nas stary czekista i jego marionetka, należy przestać mówić o oczekiwaniach wobec Rosji i zacząć mówić o potrzebie gestów z naszej strony (może pokajać się za Wielką Smutę?).
Wydaje się, że młodsze pokolenie Polaków całkowicie zaakceptowało politykę brzydkiej panny, czyli rezygnację z dążeń do jedności bloku wschodniego (i tak ostatnio ostro nadwerężonej przez splot wydarzeń niezależnych od nas, czyli wybór Obamy w Stanach, klęskę transformacji na Ukrainie i bliskie fiasko alternatywnego rurociągu) w imię iluzorycznej naprawy stosunków z Rosją i równie iluzorycznego wzmocnienia naszej pozycji w Unii, które zdaje się ma nastąpić poprzez długofalową politykę zgadzania się na 95% postulatów korzystnych dla unijnego mainstreamu. Te założenia, tak celnie i szczerze sformułowane przez Bartoszewskiego, z zapałem wciela w życie minister Sikorski, a oszałamiające efekty wzmacniania pozycji polskiej w Europie widać jak na dłoni chociażby przy okazji niedzielnych uroczystości, kiedy to na pogrzebie polskiego prezydenta stawiły się delegacje krajów naszego regionu, a wymówkę (bo tak to należy określić) dostarczyła cała czołówka unijna – Barroso, Sarkozy, Berlusconi, Merkel, ten nieszczęsny
Herman Van Rompuy
, nawet delegacja austriacka, która spokojnie mogła pofatygować się samochodem.
Innym świadectwem naszej rosnącej pozycji są plany dotyczące rozdzielenia stanowisk w tworzącym się unijnym korpusie dyplomatycznym, przy okazji czego p. Ashton miała nam zaproponować przedstawicielstwo w Mongolii. Radosław Sikorski potulnie przyjął rozwiązanie polegające na rezygnacji z proporcjonalnego przydziału placówek. Jak wiadomo, kiedy na nieoficjalnym spotkaniu ministrów dyskutowano o zasadach podziału ambasad, nasz Radek przekomarzał się na zjeździe Młodych Demokratów z kolegą Bronkiem. Tenże Sikorski do największych sukcesów polskiej dyplomacji raczył zaliczyć odwiedzenie Rosji od pomysłu zablokowania gazoportu w Świnoujściu poprzez poprowadzenie rury na głębokości uniemożliwiającej żeglugę. Parę dni później okazało się, że odtrąbienie nawet tego "sukcesu" było przedwczesne. Jeszcze jednym wielkim wyczynem rodzimego Kissingera był zakup smartfonów dla urzędników MSZ, co udanie
"skwitował"
Piotr Gociek w felietonie dla "Rzeczpospolitej".
Czy coś tu się może zmienić? Wizyty Lecha Kaczyńskiego w Gruzji określane były jako "wałęsanie się po górach Kaukazu" (R. Sikorski) albo streszczane w słowach "jaka wizyta, taki zamach, bo z 30-tu metrów nie trafić w samochód to trzeba ślepego snajpera (...) Wczorajszy incydent w Gruzji będzie miał negatywny wpływ na stosunki polsko-rosyjskie" (ówczesny marszałek B. Komorowski, zawsze zatroskany o nasze relacje ze wschodnim sąsiadem), twarde stanowisko wobec Rosji i brak entuzjazmu na punkcie Unii Europejskiej przedstawiane jako awanturnictwo. Wyrazem dojrzałej postawy jest u nas przyjmowanie z uznaniem wszystkich po kolei koncepcji polityczno-gospodarczych płynących z Niemiec i Unii, a ostatnio coraz bardziej także działalność na rzecz poprawy stosunków polsko-rosyjskich, tak jak tę działalność rozumie Radosław Sikorski. Nawet jeśli po 10 kwietnia to się trochę zmieni, a zwolennicy innego modelu polityki zagranicznej zostaną na chwilę dopuszczeni do głosu, na zasadniczą zmianę światopoglądu młodszego pokolenia, obezwładniająco bezideowego, oportunistycznego i myślącego pod dyktando ośrodków opiniotwórczych, chyba niestety nie ma co liczyć.
Zwycięstwo Bronisława Komorowskiego w nadchodzących wyborach wydaje się nieuniknione. Nie ma w Platformie Obywatelskiej drugiego polityka spoglądającego z taką sympatią w stronę Rosji, tak antyamerykańskiego i pro-unijnego w najgorszym sensie. Nie ma w Platformie drugiego polityka cieszącego się takim zaufaniem komunistycznych wojskowych służb i skwapliwie odwzajemniającego to zaufanie. Jedyne co możemy zrobić to zbadać dokładnie sylwetkę kandydata Komorowskiego i spróbować zrekonstruować brakujące elementy jego życiorysu, począwszy od roku 89.
To be continued.
–
Michał Zagroba